- włosy
- akcja
- hoduję naturalki
- zabawy włosami
- dla początkujących
- recenzje
- sposób na...
- miesiąc z...
- blog
- o mnie
- współprace
- zbiory kosmetyczne
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą siemię lniane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą siemię lniane. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 28 lipca 2014
Maska z siemienia lnianego.
Siemie lniane jako maska, siemie lniane jako stylizator, jako plukanka, jako oslona zoladka, jako.. cudo! Chcecie wiedziec, co po prawie roku wlosomaniactwa zdzialalo u mnie?
poniedziałek, 14 października 2013
Siemię lniane podejście drugie.
Zdjęcie pierwsze musiałam rozjaśnić i przybliżyć nieco, żeby w miarę mieć jako takie porównanie. Na zdjęciu nr 1 bez żelu, po ugniataniu i samodzielnym wyschnięciu. Zdjęcie nr 2 przedstawia włosy po nałożeniu na suche włosy żelu, tylko by podkreślić skręt. Różnicy większej nie ma. Widocznie zwiększona objętość włosów, ale czy spowodowana żelem? Na środku głowy w obu zdjęciach mam najbardziej widocznego loczka, łatwo go zauważyć, bo to jeden z tych zbitych, mięsistych szczęściarzy, które czasem uda mi się uzyskać - na jego podstawie można zauważyć, że włosy trochę bardziej się zwinęły w kupę i sprężyły.
Nie wiem, czy będę go używała na dłuższą metę. Praktycznie mało widoczne rezultaty, a muszę przyznać, że i na mokre włosy próbowałam go nałożyć (podczas pierwszej próby), efekt mnie wówczas nie zadowolił, toteż mam porównanie. Jedyna rzecz, która faktycznie mnie zadowoliła, to wrażenie lekkości na głowie i tego, jakby moje włosy były jedną, wielką, latającą mgiełką loczków i fal - urocze uczucie, bo przeważnie mam bardzo ciężkie włoski. Bardzo miękkie w dotyku, przy moim stopniu zniszczenia prawie nieosiągalne, a tu jednak.
Będę używała raczej jako maskę, bo są na prawdę niesamowicie mięciutkie.
~*~
Oficjalnie mogę się pochwalić.. Zdałam prawko. Nareszcie. Nie wstydzę się powiedzieć również, że było to moje 6 podejście. Dlaczego nie boję się o tym mówić? Chcę udowodnić, że to na prawdę jest tylko i wyłącznie zasługą szczęścia. Już po pierwszym razie, kiedy przeczytałam w całości kodeks drogowy, powinnam była zdać teorię. A w ostateczności, nawet po dwukrotnym przeczytaniu ów zbioru praw kierowców, zdałam ją na 68 punktów (na styk) za 5 razem. Tego samego dnia miałam egzamin praktyczny, do którego podeszłam z wyjątkowym spokojem i co? Nie zdane, bo nie spojrzałam na rondzie na auta po swojej prawej - co jest zupełną bzdurą. Na szczęście dzisiaj się stresowałam, w związku z czym wszystko poszło na farcie. Trzymam kciuki za tych, którzy dopiero podchodzą lub zaliczają właśnie którąś z kolei próbę. Nic się nie przejmujcie, tutaj chodzi tylko o szczęście w testach i troszkę umiejętności na drodze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
