wtorek, 5 listopada 2013

Uwieńczenie mycia - PŁUKANKI

Płukanki do włosów to moim zdaniem wisienka na torcie tuż po myciu włosów. Mają na celu domknięcie łusek włosa, zmiękczenie, rozjaśnienie, przyciemnienie.. W zależności od tego, jaki składnik wybierzemy :) Z racji tego, że nie wgłębiam się w tajemne moce przeróżnych ziół, bo najzwyczajniej w świecie tak bardzo mnie to nie interesuje, aczkolwiek czasem sięgam do apteczki po bratka, bądź ziele dziurawca (głównie z przyczyn problemów skórnych w celu oczyszczenia), wolałabym opisać składniki do płukanek takich, jakie możemy wykonać ze składników, które mamy pod ręką. Pamiętajcie, że podaję przykładowe proporcje. U niektórych mogą one nie być odpowiednie (za duże bądź niewystarczające), musicie stosować zasadę prób i błędów.

Z octu owocowego:
Na 1 litr wody (przegotowanej, ostudzonej) przelewamy 2 łyżki octu, w moim przypadku jest to domowej roboty ocet jabłkowy. Jest to płukanka zakwaszająca. Stosuję ją od kilku dni i jestem wprost wniebowzięta :) Nie chcę jej zbytnio wychwalać, ale przy niezmienionej pielęgnacji i zastosowaniu tej właśnie płukanki już podczas schnięcia czuje się miękkość i wygładzenie (tyle, na ile mogę sobie pozwolić przy suchych końcówkach)

Z zimnej wody:
Nic prostszego, Ostatnie płukanie włosów robimy własnie strumieniem zimnej, nie lodowatej!, wody. Pomaga ona domknąć rozwarte łuski po ciepłej kąpieli  i zbytnim 'rozluźnieniu' włosów w ciepełku :)

Piwna:
Wybieramy piwo niepasteryzowane, jasne. Osobiście nie próbowałam jej do tej pory, głównie ze względu na to, że ma za zadanie usztywniać włosy. Przy okazji powinna je również nabłyszczyć.

Z siemienia lnianego:
Jest przy niej trochę roboty, ale siemię chyba każdy zna i wie dobrze, że maski z tego cudeńka świetnie nawilżają i zmiękczają włosy. Miałam okazję też skonfrontować się z żelem lnianym, który ultra świetnych rezultatów nie przyniósł, ale miękkość była odczuwalna. 1 łyżkę siemienia lnianego gotujemy na małym ogniu w 1 szklance wody i mieszamy, bo nasionka mają tendencję do przywierania - jestem na to uczulona, bo ilekroć przygotowywałam żel, tyle razy użerałam się z nimi. Mieszankę gotujemy ok 10-15 minut, trzeba to ocenić na oko, nie może być zbyt gęsta. Przecedzamy przez sito, a następnie dolewamy wody, żeby jeszcze bardziej ją rozrzedzić. Polewamy włosy tuż po myciu i nie spłukujemy.

Z miodu i octu:
Będzie odpowiednia dla dziewczyn o jaśniejszych włosach, chyba, że u ciemnowłosych odcień wyszedł zbyt ciemny (kontakt moich włosów z miodem przeważnie kończy się delikatnym rozjaśnieniem). Łyżkę miodu rozpuszczamy w szklance gorącej wody, następnie dodajemy ocet (owocowy: np. jabłkowy). Tego sposobu również nie próbowałam, chyba nie chcę eksperymentować z kolorem, póki zbytnio mi nie przeszkadza.

Z kawy:
Ja robiłam to tak: 2 łyżki kawy zalewałam szklanką wrzątku, pozwoliłam się jej zaparzyć a następnie przez sito kilkakrotnie przecedzałam, aby nie mieć później fusów we włosach. Następnie dolewałam ciepłej wody według uznania i polewałam włosy. Kawa może nieco przyciemnić włosy, to dobry sposób dla przeciwniczek farb. Myślę, że regularne stosowanie mogłoby sukcesywnie kolor włosów pogłębiać.

Z cytryny:
Sok z dwóch cytryn połącz z dwoma szklankami wody. Polej włosy. Cytryna również rozjaśnia włosy, więc z nią ciemnowłose uważajcie.

To tylko przykładowe płukanki mające nieco inne właściwości. Oczywiście największą siłą jeżeli chodzi o ten sposób pielęgnacji włosów są zioła. Szeroka gama zastosowań pozwala nam wybierać wedle uznania. Ja na ziołach się nie znam, dlatego też nie wypowiem się, aby nie wprowadzić Was w błąd..:P

Przy okazji, jestem po pierwszym razie z maską Natural Classic Henna Wax Treatment. Pierwsze wrażenie? Totalny przesusz. W dotyku oczywiście, bo  na zdjęciu końce prezentują się lepiej niż podczas aktualizacji. To zapewne za sprawa prawdziwej henny w składzie. Mam próbkę tego, co by się działo po zafarbowaniu nią. Na szczęście po drugim myciu efekt szopa zniknął i włosy wyglądają przyzwoicie. Tak prezentowały się wieczorem po zastosowaniu mojego nowego nabytku:


Coś się wydają długie. Powinnam się cieszyć, ale jakoś dziwnie się wyprostowały.

Jakich płukanek Wy używacie? Jak oceniacie działanie maski na moich włosach za pierwszym razem? Coś się zmieniło?



+ biorę udział w konkursie u
 > MINTHAIRR <
Trzymajcie kciuki! :)

sobota, 2 listopada 2013

Aktualizacja włosowa #2

Wypadałoby tego posta umieścić jeszcze w październiku, ale zbyt szybko zawitał listopad i dodaję go dopiero dzisiaj. No tak, to już za mną 2,5 miesiąca walki o piękne, zdrowe włosy. Powiem szczerze, że póki co szału nie ma, ale powoli, maleńkimi kroczkami skreślam niektóre punkty z niewidzialnej listy pragnień w sprawie włosów. Przez ostatni miesiąc zauważyłam znaczną poprawę tyłu głowy, o co zawsze mi chodziło. Jest mniej przesuszony, już się aż tak nie puszy i mam wrażenie, że to dzięki olejowaniu. Co do końcówek, to pozostawiają wiele do życzenia... Są szorstkie, zniszczone, a podcinam każdą końcówkę zniszczoną pojedynczo. Zainwestowałam w nożyczki do włosów, takie TYPOWO do włosów.


Zdjęcie z 12.sierpnia i 31.października. Cóż, nie chciałam odwoływać się do włosów z września z prostej przyczyny - nie było czym się chwalić, więc postanowiłam porównać sobie włosy z początków włosomaniactwa.

 



Mycie:
-szampon do włosów normalnych i przetłuszczających się z nagietka legarskiego, Green Pharmacy [recenzja],
-szampon Joanna Naturia z pokrzywą i zieloną herbatą.

Odżywianie:
- drugie O w metodzie OMO: Garnier Ultra Doux, Awokado i masło karite (d/s),
- drugie O: Isana hair, Locken spulung (d/s),
- odżywka Ziaja intensywna odbudowa do włosów zniszczonych (b/s)

Olejowanie:
- na balsam Mrs. Potter's świeżość i lekkość - Dabur Amla Gold.

Zabezpieczanie:
- e.v.a. oil therapy z olejkiem arganowym.

Wcierka:
- ostatni tydzień: z kozieradki.

Maski DIY:
- miód+olej+odżywka.
- miód+cytryna+olej rycynowy+odżywka.

Suszenie:
- 1x

Prostowanie:
- 0x całość,
- 2x sama grzywka

Mam ogromny problem z końcówkami, przypuszczam, że to wina złej diety i niewystarczająco zaostrzonych nożyczek. No bo cóż innego? Ciągłe olejowanie, zabezpieczanie końcówek i przytrzymywanie odżywki podczas mycia powinny jakoś załagodzić ich okropny wygląd. Nadal brakuje im ogarnięcia. Starałam się podcinać zniszczone, jednak ciągle wracają do tego samego stanu. Piję herbatki ziołowe: bratka, dziurawca oraz zieloną herbatę - póki co wspomagają tylko cerę. W dodatku zaczęło mi się jesienne wypadanie... Aż strach pomyśleć, co będzie w zimie, bo póki co wyciągam włosy garściami. Wpsikuję i wmasowuję często Green Pharmacy eliksir ziołowy, ale przeważnie o nim zapominam. Zaczęłam kurację kozieradką.

Plusem w tym miesiącu na pewno jest okiełznanie tyłu głowy, o którym już pisałam. Myślę, że to spora zasługa olejowania olejkiem Dabur'a. W dodatku włosy są troszkę jaśniejsze, wydaje mi się, że to też jego sprawka. O olejowaniu napiszę po skończeniu miesiąca z amlą. Zauważyłam też większy blask, a u mnie matowe włosy to odwieczny problem i zmora. Miejscami nawet, pomijając końcówki, włosy są o wiele miększe, niż przedtem, prawdopodobnie to za sprawą odżywki Garniera z awokado. Zainwestowałam także w płyn do higieny intymnej do mycia codziennego, zobaczymy, co to będzie. A także maskę Natural Classic Henna Wa Treatment, opinie o niej są dobre - jakoby miała bardzo dobrze regenerować. W składzie ma hennę, więc jestem skłonna w to uwierzyć, gdyż pokryje ona warstwą ochronną włosy.


A Wy w jaki sposób radzicie sobie ze zniszczonymi końcówkami? Niezawodny kosmetyk, który nie pozwala im się łamać i odżywia je, aby stały się bardziej nawilżone?

Czy miałyście styczność z maską Natural Classic Henna Wax Treatment?

wtorek, 29 października 2013

"Ileż można siedzieć w łazience.." czyli zmierzmy sobie czas!

Od jakiegoś czasu mam zastój. Brak weny. Może spowodowane to faktem, że wpadłam w monotonię. Wyplączę się z niej dopiero, kiedy skończy się katorga w szkole. A tymczasem postanowiłam dla rozjaśnienia wszelkich wątpliwości napisać post, w którym opiszę, ile czasu dziennie zajmuje mi pielęgnacja włosów. Oczywiście nie mierzę czasu co do sekundy, ale z przyjemnością przełamię mit, iż aby być włosomaniaczką, trzeba spędzać z rękami w dłoniach parę godzin dziennie. Nie raz można spotkać się z krytyką anty-włosomaniaków, którzy uważają, że tacy, jak my, spędzają całe dnie i pół nocy, żeby tylko trzymać ręce we włosach i przeglądać się w lustrze. Prawda jest nieco inna... Faktem jest, że lubimy szperać po szafkach kuchennych, w poszukiwaniu naturalnych, tańszych sposobów, że miksujemy, mieszamy, łączymy różności ze sobą, by znaleźć złoty środek. Ale nie przesadzajmy z osądem, że tracimy na tym cenny czas...

Może jestem włosomaniaczką od niedawna, ale swoje już wiem i przyzwyczaiłam się do niektórych czynności (swoją drogą nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, ale człowiek potrzebuje 21 dni, żeby do czegoś przywyknąć i się przyzwyczaić). Nie są dla mnie takie frustrujące, że należy je wykonywać codziennie i się mordować. Nie, nie..

Myję włosy codziennie, pozwalam im wyschnąć samym, po czym kładę się spać.

Wieczorem:
-nakładam balsam Mrs Potter's przed olejowaniem - ok 1min (mi to zajmuje)
-olejuję, dzieląc włosy na części - ok 3min (z naolejowaną głową siedzę ok 1-1,5h ALE w tym czasie przesiaduję na komputerze, więc ten czas można spokojnie wykorzystać na wszystko, co nie zdążyliśmy w ciągu dnia).
-przy kąpieli spłukuję wszystko i myję włosy szamponem, nakładam odżywkę d/s i kolejny raz spłukuję. Mój pobyt w łazience, to jest max 10 minut, ale każdy myje włosy, więc czasu tego też nie wliczam.
-po zdjęciu turbanu rozczesuję włosy palcami i nakładam odżywkę b/s - ok 2min, żeby wyczesać włosy, które wypadły i ciągle się gdzieś plątają.
-nakładam kroplę oleju na końcówki - ok 20sek.
-kiedy włosy już są prawie suche zaplatam warkocza/robię koczka/zwijam spiralki - ok 30 sek.

Rano: 
-rozplatam włosy - ok 20 sek.
-nakładam coś do zabezpieczenia końcówek (ponownie, nie zaszkodzi,a może pomóc) - ok 20 sek.

Podsumowując, taka codzienna pielęgnacja u mnie waha się od 7min-17min(włączając zabiegi podczas kąpieli). Nie nakładam żadnego żelu, co ewentualnie czas ten mogłoby wydłużyć o jakieś 3 minuty. A maskę raz za czas nakładam zamiast oleju i również mieści się to w przedziale ok 2 min jak ją nakładam. Tak więc rozdzielając w sumie średnią czasu - 12 min, na cały dzień, to jest to niewiele.



A Wam ile zajmuje codzienna pielęgnacja? Jest coś, co Wam sprawia największą trudność? Nad czymś spędzacie dużo więcej czasu?


czwartek, 24 października 2013

Olej rycynowy na paznokcie | Maska drożdżowa do twarzy.

Dzisiejszy post trochę niewłosowy. Postanowiłam podzielić się z Wami efektem (póki co) czterodniowej kuracji olejkiem rycynowym i dzisiejszym przepisem na maskę drożdżową do twarzy.

Przede wszystkim trzeba podkreślić, w jak tragicznym stanie były skórki. W dodatku liczne odbarwienia, pomijam już niedomyty lakier. Białko miejscami jest przeźroczyste. Widać ewidentnie (np. na paznokciu czwartym - tym od obrączki :p), w którym miejscu paznokieć ma zamiar się złamać.

Pod spodem zdjęcie cztery dni później. Olejek rycynowy przelewałam na palec, kropelkę dawałam na każdy paznokieć - to samo w drugiej ręce. Zaczynałam rozsmarowywać go i masować przy okazji skórki i płytkę. Jestem zadowolona z obecnego stanu skórek, są jednolitym ciałem, a nie szeregiem szczępków. W dodatku białko coraz bardziej się wybiela - niestety proces ten nie zaczął postępować w palcu wskazującym, ale na niego też przyjdzie czas :) Muszę jeszcze trochę je wyrównać.

Może spektakularnego efektu nie ma, ale pamiętam, jak w zeszłym roku robiłam to samo i efekty, bardzo dobrze prosperujące na czas późniejszy, były bardzo zadowalające. A co do drugiej części postu...



Maska drożdżowa.

Użyłam 1/3 kostki drożdży spożywczych (to jednak za dużo, połowa  mazi się zużyła, więc proponuję 1/4 kostki), odrobinę podgrzanego mleka - na oko powinno zalać drożdże i to wszystko widelcem ugniatałam aż do powstania jednolitej, kremowej papki. Dodałam jeszcze odrobinę soku z wyciśniętej cytryny, bo działa dobrze na przebarwienia. Trzymałam 15-20min.

Taką papkę nakładamy na twarz grubą warstwą. Będzie spływała, ale po jakichś 5 minutach powoli ładnie zasycha. Siedząc przy komputerze, nie wyobrażacie sobie, jak wielki wywołał u mnie śmiech widok, kiedy poszłam to zmyć z twarzy. Na brodzie miałam dwie zastygnięte kapiące krople.

 Pierwsze wrażenie, to bardzo przyjemne uczucie wygładzenia buźki. Po chwili coś na twarzy zaczęło mnie piec. Na szczęście pieczenie ustało i spokojnie trzymałam papkę dalej. Należy ją zmyć letnią wodą, a moje osiedle niestety dzisiaj pozbawione jest ciepłej wody, użyłam zimnej. Ciężej się zmywało, ale w końcu zeszło.

Uważa się, że taka maseczka robiona 3 razy w tygodniu, powoli daje nam rezultaty w postaci załagodzenia zmian skórnych, zmiękczenia buźki. U mnie po pierwszym razie prycholki wyglądają tak samo, zaczerwienienie nie zniknęło, twarz jest nieco ściągnięta, ale plusem jest taka miękkość i - brak świecenia! Pięknie zmatowiła twarzyczkę.

Zobaczymy, co będzie po kilku użyciach. Drożdży akurat mam na ok 7 masek, bo nie zużyłam ich po akcji picia, która dla mnie okazała się być klapą.


A Wy jak radzicie sobie z niedoskonałościami cery? Maseczki, których składniki z łatwością wyciągacie z lodówki?

wtorek, 22 października 2013

Podsumowanie wcierania.

Jednym z moich głównych postanowień, na przełomie końca tego i początku przyszłego roku, było zapuszczanie. Wszechobecna panika związana z przygotowaniami do studniówki (jak się pchało do organizacji, to teraz trza za to płacić!) przejawia się nie tylko w sferze organizacyjnej i porządkowej, ale i osobistej, dotyczącej głownie swojej prezentacji na balu maturalnym. Idealna sukienka, dopasowane dodatki, szalone buty, odpowiedni makijaż i ... WŁOSY. Oczywiście nic innego po mnie nie można się było spodziewać, jak zamartwianiem o włosy. Jednak nie w tym rzecz. Mój strój będzie bardzo klasyczny, dlatego też postawię na mocny akcent w makijażu i oczywiście będę starała się olśnić włosami. Co się z tym wiążę? Powoli wdrażam sobie miesiące postanowień. I tak przełom września i października, to akcja wcierania. Obecnie, od 14.10. zajmuję się codziennym olejowaniem Daburem z wyciągiem z owoców amla, ale o tym za 3 tygodnie, po zakończeniu "akcji".

Dzisiaj podsumuję 4-tygodniowe stosowanie wcierki Jantar. To nie będzie recenzja, bo nie o składzie, zapachu i konsystencji zamierzam mówić, ale o efektach, jakie zauważyłam w mniejszym lub większym stopniu. Zacznę może od fotografii:


Oczywiście nie zobaczę po niej przyrostu, ale... Pojawił się bardzo dobry sygnał, czyli spory (jak na moje włosy, które rosną baaaardzo wolno) odrościk. Nie każdy go zobaczy, bo kolor jest zbliżony do tego, który aktualnie mam na całości włosów. Jedyne co go wyróżnia, to naturalny, popielaty odcień. Skróciłam datę podsumowania akcji, jednak będę i tak wcierać dalej Jantara do 25.10, o którym była mowa.

A co do ogółu włosów, poza tematem tytułowym, od razu zauważyłam poprawę stanu włosów po olejowaniu, z resztą widoczną. Opiszę to jednak po skończonej akcji.

Wracając do podsumowania, przyrost na miesiące wrzesień/październik, to 1,4cm. Dla mnie to spory sukces, chociaż ostatnim razem po Jantarze (jednak kuracja trwała jeszcze tydzień więcej) przyrost wynosił 1,7cm. Szkoda, bo jak mówiłam, zależy mi na długości, a taki przyrost to mały przyrost. Jeżeli chodzi o wypadanie, nie zauważyłam znacznej różnicy, bo z reguły włosy wypadają tylko przy myciu i po, a w ciągu dnia na ok 2 przejechania palcami po włosach wypadły może 2. U mnie takie wypadanie od pewnego czasu to norma. A przy okazji

Podsumowując:
-przyrost: 1,4cm
-wypadanie: bez zmian.

Przy okazji w między czasie akcji olejowania włosów, dołożyłam olejowanie rycyną paznokci. Ogrzmociłam je do cna, ledwo widać białko - które u mnie mogę ze spokojem nazwać żółtkiem. Smaruję je codziennie na noc i czasem w ciągu dnia, wykonując masaż po płytce. O tym również po zakończeniu akcji, która w tym przypadku potrwa ok 3 tygodni :)

Po 25.10 planuję zakupić kozieradkowy proszek w aptece i stworzyć z niego wcierkę. Z analiz wynika, że to właśnie ta płynna odżywka powodowała największy przyrost. 


A Wy coś wcierałyście w ostatnim czasie? Co to było? Jak efekty? Jak oceniacie kozieradkę?


niedziela, 20 października 2013

RECENZJA: Green Pharmacy - szampon do włosów z nagietka lekarskiego

Pierwsza recenzja! Mój debiut, nie bądźcie surowe..:P A tak właściwie.
Tak więc zaczynamy:

Green Pharmacy, szampon do włosów normalnych i przetłuszczających się z nagietka lekarskiego.
Skusiłam się na niego, kiedy szukałam szamponu do co tygodniowego mycia.



Zacznijmy od opakowania i tego, co w środku:
 Duże opakowanie, 350ml, wygodne, bo z plastiku, nie grozi rozbiciem, dozownik, dzięki któremu nie wyleci nam więcej, niż byśmy chciały. Szampon ma konsystencję żelopodobnego czegoś, przyjemny, ziołowy zapach. Niektórzy piszą, że muszą nim myć włosy dwa razy, dla mnie jednak idealnie jest raz. Plusem jest, że substancja nie wylewa się z rąk.


A teraz skład i co obiecuje producent, że w nim nie będzie:


Aqua - woda, Sodium Myreth Sulfate - detergent, Cocamidopropyl Betaine - substancja pianotwórcza, ma za zadanie zagęścić kosmetyk, Lauryl Glucoside - łagodny detergent, Cocamide DEA - substancja myjąca, Sodium Chloride - wpływa na konsystencję, Panthenol - substancja nawilżająca, Calendula Officinalis Flower Extract - ekstrakt z naietka, Poluquaternium-10 - nawilżacz, PEG-12 Dimethicone - emolient, Citric Acid - konserwant, Parfum - zapach, Benzyl Alcohol - konserwant, Methylchloroisothiazolinone i Methylisothiazolinone- substancje konserwujące,  Linalool - komponent zapachowy.

Producent obiecuje 0% SLS i SLES, jednak  zastępuje to kolejnym detergentem, jakim jest SMS.


Działanie u mnie:

Myję włosy codziennie, ponieważ mają tendencję do przetłuszczania. Niestety - kiedy na drugi dzień mam nieumyte włosy czuję jedną, wielką skorupę. Wykorzystałam ten szampon przedwczoraj i przyznam szczerze, że po przeczytaniu wielu zażaleń na ten kosmetyk, mogę śmiało powiedzieć, że u mnie sprawdził się dobrze. A wręcz.. jest nieoceniony! Włosy dzisiaj wyglądają równie dobrze, jak tuż po umyciu. Łupieżu nie mam, więc ciężko mi powiedzieć, czy by się sprawdził. Blasku, zdrowego wyglądu i elastyczności raczej nie nadał - włosy z ogólnego wrażenia są takie, jak wcześniej. Włosów mało mi wypada, po użyciu szamponu również, więc tutaj sprawdził się, a raczej - nie wyrządził mi krzywdy.


Jak moje włosy wyglądają dzisiaj, bez wczorajszego wieczornego mycia + ognista czupryna (dlaczego taki odcień.. nienawidzę go i próbuję zniwelować już nie wiem od kiedy..:( ):








Miałyście go? Jak się u Was sprawdził?

piątek, 18 października 2013

Porowatość włosów w pigułce.

Ciężki temat, owszem, ale wiele z niezaawansowanych włosomaniaczek nie koniecznie zdaje sobie sprawę, lub nie słyszało nigdy o czymś takim, jak porowatość. To nic innego, jak poziom rozchylenia łusek włosa. I proszę, ilustracja, żeby Wam to przybliżyć:

Pierwszy włos, to włos niskoporowaty. Drugi - średnioporowaty, a trzeci, jeden z najgorszych - wysokoporowaty.
http://m.ocdn.eu/_m/757d6d2fc3be97d60a40f3714fd1c6fe,62,37.jpg











Oczywiście trudno nam to określić, bo nie spoglądałyśmy nigdy na swoje włosy w aż takim przybliżeniu. Na szczęście jest parę testów, które pomogą nam określić poziom porowatości.


Jak określić "na oko" porowatość...
Test wody - potrzebna nam szklanka z wodą i kilka naszych włosów. Zanurzamy je w naczyniu. Jeżeli włosy prawie nie chcą się zmoczyć, to prawdopodobnie mamy do czynienia z włosami niskoporowatymi. Gdy włosy zanurzą się, ale szybko wypłyną - są to włosy średnioporowate ze skłonnością do bycia niskoporowatymi. A kiedy włosy zamoczą się chętnie i po dłuższym czasie (umownie ok. 1- 3 min) nie będą chciały wypłynąć, to przypuszczalnie są to włosy wysokoporowate.
Test mąki - zaopatrzmy się w obojętnie jaką mąkę i obtoczmy w niej kilka włosów - nie otrzepujmy. Jeżeli po dmuchnięciu w ich stronę mąka z łatwością odfrunie - włosy niskoporowate. Gdy się zatrzyma - będzie miała na czym, to wysokoporowate.
Test oleju kokosowego - gdy po nałożeniu oleju, przytrzymaniu go, zmyciu i naturalnym wyschnięciu włosów będą wyglądały, że tak powiem, niezbyt apetycznie, to z pewnością są to włosy wysokoporowate, gdyż są to właśnie takie, które z kokosem się nie lubią.
Test dotyku - biorąc jednego włosa w palce, przesuwamy nimi od końcówki w górę, aż do cebulki. Gdy włos skrzypi i czujemy opór - wysoka porowatość. Odczuwamy nierówności - średnia porowatość. Nie skrzypi, nie stawia "oporu" - niska porowatość.


Jakie są włosy...
Niskoporowate - łuska włosa jest domknięta, dlatego też włosy takie długo schną, nie są podatne na różne zabiegi, ciężko je zmoczyć, za to genialnie lśnią, ciężko im stracić wilgoć. Przeważnie są to włosy proste, lecz nie jest to zasadą.

Średnioporowate - przeważnie posiadaczki lekko falowanych i lekko kręconych włosów mają taki typ włosa. Proste włosy o takiej porowatości są przeważnie nieodpowiednio pielęgnowane. To taki włos pomiędzy nisko- a wysokoporowatym.

Wysokoporowate - wsysają wodę jak śniadanie, przez otwarte łuski, i łatwo ją wypuszcza, więc włos taki jest suchy, szorstki, rozdwojony (przeważnie). Puszące się, niesforne. Za to są podatne na stylizację, koloryzację, szybciej schną.

              Pamiętajcie, że nie w każdym przypadku włos wysokoporowaty, to włos zniszczony. W dotyku nigdy nie będzie idealnie gładki i miękki i nie jest to całkowicie zależne od Was. Aczkolwiek można starać się zmniejszać porowatość włosów poprzez odpowiednią pielęgnację.


Plan pielęgnacji dla włosów...
Niskoporowatych - nie mają jakichś wygórowanych potrzeb, posiadaczki tego typu mają duże szczęście, jednak pielęgnacja im się należy, aby zachowały swój dobry stan. Sprawdzi się używanie oleju kokosowego, masła shea, masło kakaowe. Na Wasze nieszczęście, oleje lubią być trzymane całą noc.

Średnioporowatych - Włosy o średniej porowatości mogą lubić różne oleje, na przykład takie, które pasują włosom niskoporowatym, jak i wysokoporowatym.Tutaj w zależności od tego, co akurat Wasze polubią.

Wysokoporowatych - to najbardziej problematyczny włos, ale pomóc nam może:
-głębokie, intensywne nawilżanie i odżywianie - pamiętajmy jednak, by nie za długo trzymać miksturki na włosach,
-proteiny, oleje,
-schemat: odżywka (maska, olej) - mycie - odżywka d/s - odżywka b/s.
-unikanie ciepła (ja bym nie radziła suszyć suszarką, jednak niektórym to pomaga - próbujcie),
-ostatnie płukanie zimną wodą, płukankami zakwaszającymi, jak np. z octu jabłkowego,
-zabezpieczanie końcówek.
Plus jest taki, że olejowanie nie musi trwać całą noc, wystarczą 2-3 godziny, w zależności, ile dany olej lubi być trzymany.


Oleje a porowatość.
Pozwoliłam sobie skopiować tabelkę, która bardzo pomaga w doborze oleju bądź masła, z bloga: kolorantka.blogspot.com.


poniedziałek, 14 października 2013

Siemię lniane podejście drugie.

Niestety, nieudany eksperyment z żelem z siemienia lnianego, całkowicie skreślił tę metodę stylizacji moich fal. Co jak co, ale zawiodłam się. Mimo wszystko nie można spocząć na jednej próbie. Przypomniała mi o żelu w formie mgiełki  właścicielka TEGO oto bloga. Przyrządziłam żel z dwóch łyżek ziaren siemienia lnianego, i mimo wszystko, 1 szlanki wody. Gotowałam mieszając przez równe 20 minut - cały czas wydawało mi się, że substancja nie jest zupełnie glutkowata. Przeliczyłam się jednak, powstałej mieszanki nie dało się w żaden sposób przecedzić przez sito. Ale z racji, że wszystko miało wylądować w buteleczce z dyfuzorem, postanowiłam wlać do niej nawet ziarenka - nie miałyby możliwości przedostać się przez tą ociupeńką rureczkę. Wlałam tego pół buteleczki. Drugie pół zapełniłam przegotowaną wodą. Po wstrząśnięciu płyn wytryskał niczym mydło w płynie z buteleczki, oczywiście w małych porcjach. Podzieliłam włosy na połowę i pasmo po paśmie ugniatałam z żelem rozsmarowanym we włosy. Wystarczyły 2, 3 porcje na dłoń, aby rozprowadzić na jednym paśmie.

Zdjęcie pierwsze musiałam rozjaśnić i przybliżyć nieco, żeby w miarę mieć jako takie porównanie. Na zdjęciu nr 1 bez żelu, po ugniataniu i samodzielnym wyschnięciu. Zdjęcie nr 2 przedstawia włosy po nałożeniu na suche włosy żelu, tylko by podkreślić skręt. Różnicy większej nie ma. Widocznie zwiększona objętość włosów, ale czy spowodowana żelem? Na środku głowy w obu zdjęciach mam najbardziej widocznego loczka, łatwo go zauważyć, bo to jeden z tych zbitych, mięsistych szczęściarzy, które czasem uda mi się uzyskać - na jego podstawie można zauważyć, że włosy trochę bardziej się zwinęły w kupę i sprężyły.

Nie wiem, czy będę go używała na dłuższą metę. Praktycznie mało widoczne rezultaty, a muszę przyznać, że i na mokre włosy próbowałam go nałożyć (podczas pierwszej próby), efekt mnie wówczas nie zadowolił, toteż mam porównanie. Jedyna rzecz, która faktycznie mnie zadowoliła, to wrażenie lekkości na głowie i tego, jakby moje włosy były jedną, wielką, latającą mgiełką loczków i fal - urocze uczucie, bo przeważnie mam bardzo ciężkie włoski. Bardzo miękkie w dotyku, przy moim stopniu zniszczenia prawie nieosiągalne, a tu jednak.

Będę używała raczej jako maskę, bo są na prawdę niesamowicie mięciutkie.



~*~
Oficjalnie mogę się pochwalić.. Zdałam prawko. Nareszcie. Nie wstydzę się powiedzieć również, że było to moje 6 podejście. Dlaczego nie boję się o tym mówić? Chcę udowodnić, że to na prawdę jest tylko i wyłącznie zasługą szczęścia. Już po pierwszym razie, kiedy przeczytałam w całości kodeks drogowy, powinnam była zdać teorię. A w ostateczności, nawet po dwukrotnym przeczytaniu ów zbioru praw kierowców, zdałam ją na 68 punktów (na styk) za 5 razem. Tego samego dnia miałam egzamin praktyczny, do którego podeszłam z wyjątkowym spokojem i co? Nie zdane, bo nie spojrzałam na rondzie na auta po swojej prawej - co jest zupełną bzdurą. Na szczęście dzisiaj się stresowałam, w związku z czym wszystko poszło na farcie. Trzymam kciuki za tych, którzy dopiero podchodzą lub zaliczają właśnie którąś z kolei próbę. Nic się nie przejmujcie, tutaj chodzi tylko o szczęście w testach i troszkę umiejętności na drodze.